Jeździliśmy niemal codziennie przez Janową samochodem terenowym, aby nasz psi towarzysz Skubi mógł się wyszaleć na śniegu. Kiedy zbliżaliśmy się do Siennej trzeba było przywołać naszego pupila, aby wsiadł do samochodu. Już z tego powodu dojazd ten był dla nas wielką atrakcją, kiedy to jeździliśmy przez wielkie zaspy śniegu, a Skubi podążał gdzieś za nami.
Temperatura spadła do minus dwudziestu stopni, a więc z tego powodu pierwszy dzień na stoku nie był w pełni przyjemnością i kolejką linową wjechałem tylko raz ze względu na mroźny i przeszywający wiatr na szczycie.
Każdego dnia na stoku zjawialiśmy się o dziewiątej rano, był to okres przed feriami, dlatego też nie było wiele ludzi o tej porze i mogliśmy się cieszyć dziewiczymi stokami, na których to my kreśliliśmy w puchu pierwsze zygzaki.
Dwa kolejne dni naszej imprezy przebywały już pod okiem instruktora. Z jego pomocy korzystali zarówno ci którzy stawiali „pierwsze kroki" na desce, jak i ci którzy byli już trochę obyci. Po otrzymaniu kilku lekcji każdy samodzielnie już szlifował swoje umiejętności. Kolejne dni były już bardziej przyjazne dla nas, wiatr się uspokoił, temperatura oscylowała bliżej zera. Mogliśmy się zachwycać zarówno jazdą, jak i przepięknymi widokami ze szczytu Czarnej Góry. Na uwagę zasługuje również nasz pensjonat, w którym panowała ciepła atmosfera oraz dania ze znakomitej domowej kuchni.
Spośród przebytych przeze mnie zajęć z turystyki kwalifikowanej pobyt w kurorcie Czarna Góra będę wspominał najdłużej ze względu na bajeczną atmosferę oraz niesamowite przeżycia związane z nauką jazdy na snowboardzie.
